W stolicy rowerzyści dogadali się z urzędem. A u nas?
Większość urzędników nie ma pojęcia o infrastrukturze rowerowej - uważają społecznicy, którzy walczą o prawa użytkowników jednośladów. Obie strony przyznają, że dialog nie jest łatwy, ale zaczyna przynosić efekty
W Olsztynie trwa ogólnopolskie seminarium naukowe "Miasto dla rowerów, rowery dla miasta". Uczestniczą w nim społecznicy i urzędnicy zajmujący się upowszechnianiem transportu publicznego, głównie rowerowego, z całego kraju. - Chcemy pokazać, jak dialog społeczny przekłada się na rzeczywistość - tłumaczy Mirosław Arczak ze Stowarzyszenia Aktywności Społecznej "Młyn", które organizuje spotkanie wspólnie z kołem naukowym gospodarki przestrzennej UWM. - Są przepisy, które umożliwiają nadzór nad urzędnikami i wpływanie na ich decyzje. Rowerzyści mają też ogrom wiedzy, której urzędnicy nigdy nie zyskają.
W Warszawie po kilku latach sporów udało się dojść do porozumienia. Obie strony zasiadły przy jednym stole i wypracowały wspólne rozwiązania. - Zaczęliśmy rozmawiać, dzięki czemu okazało się, że nie musimy później niczego blokować - opowiada Marcin Czajkowski, który pracuje w sekcji transportu rowerowego stołecznego Urzędu Miasta. Wydział, który ma dbać o potrzeby cyklistów, współpracuje m.in. z drogowcami i planistami, którzy nie mogą przeprowadzić żadnej inwestycji, zanim nie uzyskają jego pozytywnej opinii. Opracowuje również koncepcje dotyczące ruchu rowerowego i pieszego w stolicy, czy przygotowuje analizy wskazujące, gdzie przede wszystkim należy budować ścieżki.
Przedstawiciel Warszawy przekonuje, że najskuteczniejszym sposobem na poprawę sytuacji jest wprowadzanie standardów dotyczących infrastruktury rowerowej za pomocą zarządzeń prezydenta. - W ten sposób rozwiązaliśmy m.in. kwestię nawierzchni ścieżek - tłumaczy. - Ma być wykonana z asfaltu. Dzięki temu nie ma dyskusji z innymi miejskimi jednostkami czy projektantami, że np. czerwona kostka jest ładniejsza.
Joanna Jaroszyńska ze Stowarzyszenia Rowerowy Toruń opowiada, że dzięki uporowi i konsekwentnym działaniom, społecznikom udało się zmusić urzędników, aby zaczęli ich słuchać. Do tej pory bywa, że nie są zachwyceni tym faktem, ale nie mają innego wyjścia. - Przez pierwsze pół roku działalności byliśmy ignorowani - wspomina społeczniczka. - Żadne nasze uwagi nie były uwzględniane. Teraz mamy naszego przedstawiciela w Miejskim Zarządzie Dróg. Taka osoba może więcej zdziałać, ma lepszy dostęp do dokumentów, szybciej może zareagować.Dzięki współpracy udało się np. ustawić na toruńskim Starym Mieście 70 stojaków rowerowych, a wkrótce będzie ich jeszcze więcej. Działacze nie zrezygnowali jednak z organizowania Mas Krytycznych, aby przypominać, że jest ich bardzo wielu. (zaznaczenie: sRT)
W Olsztynie na potrzeby rowerzystów także zaczęto zwracać uwagę dzięki działaniom społeczników. Organizowali wspólne przejazdy przez miasto, debaty z urzędnikami. W lutym 2009 r. Mirosław Arczak, jeden z najbardziej znanych rowerowych aktywistów, został powołany na funkcję społecznego pełnomocnika prezydenta ds. rowerzystów. Początki współpracy nie były łatwe, a opór urzędników silny. Po dwóch latach Arczak ocenia, że relacje znacznie się poprawiły, ale wciąż wiele brakuje do ideału. - Jeśli chodzi o wymianę wiedzy, to jest dobra, ale to, co widać na ulicach, jest, niestety, często poniżej średniej krajowej - komentuje pełnomocnik.
Bogusław Szwedowicz, wiceprezydent Olsztyna, docenia zaangażowanie rowerzystów. - Mieszkańcy potrafią być naprawdę dobrymi fachowcami w sprawach, które ich bezpośrednio dotyczą - uważa. - Ostatnie lata pokazały, że głos rowerzystów jest niezastąpiony przy planowaniu inwestycji. Tym bardziej że 75 proc. mieszkańców uzależnia korzystanie z rowerów od dobrej infrastruktury.
Marta Bełza,
Gazeta Wyborcza Olsztyn, 2011-04-18